Przeżyłam wojnę

Przeżyła wojnę

Gdy się zaczęła, Marysia miała 3 lata. Pragnęła tylko tego, o czym marzą wszystkie dzieci – beztroskiego dzieciństwa. Wojna odziera ze złudzeń, sprawia, że musimy dojrzeć w przyspieszonym tempie i powoduje cierpienie. A jak wygląda oczami kilkuletniego dziecka?

Marysia urodziła się w Gdyni, w 1936 roku. Gdy zaczęła się wojna, miała zaledwie 3 lata. Pamięta, że było spokojnie. Wokół co prawda krążyli żołnierze, raz musiała ukrywać się w piwnicy przed atakiem bombowym, a ludzie często umierali, ale nie było w tym nic nadzwyczajnego. Życie biegło spokojnym rytmem.

– Dzieciństwo miałam wspaniałe. Nie odczuwałam wojny, biedy i ograniczeń. Od Niemców dostawałam cukierki. A że ludzie dość często umierali, no cóż, mama mówiła, że kiedyś znowu się spotkamy, więc nie byłam smutna – mówi Maria.

Pierwsze wspomnienia

Tata Józef był malarzem. Miał tytuł majstra i malował mieszkania. Wewnątrz tliła się jednak artystyczna dusza, ponieważ kiedyś namalował prawdziwy obraz. Była na nim ławeczka pośród drzew. Taki sielski i spokojny widok, którego w czasach wojny bardzo brakowało.

– Nie pamiętam samego początku wojny. Byłam zbyt mała. Mam w głowie obraz, jak jedziemy powozem konnym, na którym są nasze rzeczy osobiste i meble. To była spokojna podróż z Gdyni do Komorska. Tata czytał prasę i mówił, że zbliża się wojna. Wyjechaliśmy z miasta, żeby chronić życie – dodaje Maria.

Na wsi było spokojniej. Poza drobnymi incydentami, które do dziś budzą grozę. Jak wtedy, gdy o poranku pięcioletnia Maria szła z młodszym bratem do sklepu. Tą samą drogą naprzeciw podążali niemieccy żołnierze. Maria, nauczona doświadczeniem, salutowała w ich stronę.

– Mój braciszek tego nie zrobił. Był za mały, nie wiedział. Żołnierz uderzył go z całej siły w twarz, aż odskoczył. Nie popłakał się. Kazano mu salutować ponownie. Zrobił to i pozwolono nam odejść – mówi Maria.

Mimo tej sytuacji, Niemcy w oczach małej dziewczynki nie wydawali się być złymi ludźmi.

– Ja nie myślałam o nich źle. Spali na podłodze w domu naszych sąsiadów. My też tam przez jakiś czas mieszkaliśmy. Może to było nierozsądne, ale jako mała dziewczynka biegałam i bawiłam się między nimi. Nigdy nie zrobili mi krzywdy. Byli dla mnie mili – dodaje Maria.

Ostatni bochenek chleba

Żywność kupowano na kartki. W okolicy był tylko jeden sklep. Gdy zabrakło w nim produktów, trzeba było iść do drugiego aż kilkanaście kilometrów piechotą. Tam również nie było gwarancji, że dostanie się jakiekolwiek jedzenie.

– Pamiętam, jak poszłam rano po chleb. W kolejce stało około 40 osób. Nagle ze sklepu wyszedł piekarz i powiedział, że został tylko jeden bochenek chleba. Zapytał ludzi, co ma z nim zrobić. Wtedy z kolejki wychylił się mężczyzna, którego dobrze znałam. Miał kilkoro dzieci i był bardzo biedny. Podszedł do piekarza, a ten z całej siły popchnął go, aż spadł ze schodów. Krzyknął: „Idź pan stąd”. Piekarz wówczas zapytał ludzi w kolejce, komu ma dać ostatni bochenek chleba. Pomyślałam, że trzeba go dać temu biednemu panu. Wszyscy wskazali na niego. To była bardzo smutna i wzruszająca chwila – dodaje Maria.

Ludzie umierali – to było normalne

Gdy Niemcy wydali rozkaz przymusowych prac dla kobiet, mama Helena zgłosiła się do rejestracji. Miała kopać rowy. Marysia pamięta, jak żegnała mamę. W związku z zaawansowaną ciążą, lekarz wysłał ją do lżejszej pracy. Po kilku miesiącach w kuchni przy obieraniu ziemniaków, niemiecki lekarz zwolnił mamę do domu.

Jasio urodził się zdrowy, ale szybko okazało się, że choruje na wadę serca. Lekarze nie byli tak ogólnodostępni jak dziś. Najbliższy znajdował się 16 kilometrów dalej. Trzeba było iść piechotą. Gdy Jasio skończył dwa lata, jego stan znacznie się pogorszył.

– Pamiętam, że mama trochę płakała, gdy zmarł, ale wtedy dużo dzieci umierało. Szybko się z tym pogodziliśmy. W dzień śmierci Jasia uzbierałam orzechy. Dałam je mamie, żeby nie była smutna. Ja nie byłam, bo mama mówiła, że jeszcze kiedyś się z Jasiem spotkamy. Wciąż wierzę, że tak właśnie będzie – dodaje Maria.

Śmierć towarzyszyła wszystkim, tak jak dzisiaj, z tą różnicą, że przychodziła częściej. Gdy wujek Marysi przyjechał z wojska do domu na krótki wypoczynek, radości nie było końca. Gdy nadszedł dzień powrotu, uklęknął przed swoim ojcem i powiedział, że chce zostać, bo bardzo się boi. Ojciec pogłaskał go po głowie i odparł: „Jedź, synku, bo inaczej nas tu wszystkich zabiją”.

– Pamiętam to jak dziś. Wujek tak bardzo zanosił się łzami. Nie miał wyboru, musiał jechać. To było ich ostatnie pożegnanie. Pociąg najprawdopodobniej został wysadzony. Dziewczyna wujka długo na niego czekała, ale nigdy nie wrócił – wspomina Marysia.

Gdy bomba spada na dom

Marysia z całą rodziną mieszkała u Tereski. To była jej najlepsza koleżanka. Jej ojciec miał wykopaną piwnicę na buraki i kartofle. Pewnego ranka rodzina dostała wiadomość, żeby uciekać, bo w okolicy może być nalot bombowy. Wszyscy schowali się w tej piwnicy.

Siedzieli w niej kilka godzin. W pewnym momencie usłyszeli głośny huk. To była bomba, która spadła na ich dom. Inne domy w okolicy zostały nietknięte.
– Bomba trafiła w pokój Tereski. Wszystko zostało zniszczone, poza jednym miejscem, w którym stała figurka Matki Bożej. Tereska później została siostrą zakonną. Może to był znak – dodaje Marysia.

Od razu po zakończeniu wojny ojciec znalazł pracę w Gdyni. Wyremontował mieszkanie w samym centrum. To była ogromna radość dla całej rodziny.

– Jako mała dziewczynka nie odczuwałam wojny aż tak silnie, bo przecież udało nam się przeżyć. Dopiero gdy zaczęłam dojrzewać, zrozumiałam, co naprawdę się stało. Dość długo musiałam radzić sobie z tym piętnem. Miałam poczucie ogromnego smutku, współczucia i żalu. Z biegiem lat, współczucie stawało się coraz większe. To wspomnienie zostanie we mnie na zawsze – podsumowuje Maria.

Tekst: Justyna Michalkiewicz -Waloszek

Przeżyłam wojnę
Rate this post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *