„Niezależność daje mi siłę”

magazynkobiet.pl - IMG 7245 e1496998823704 1050x483 - „Niezależność daje mi siłę”

Prekursorka zdrowego stylu życia, instruktorka fitnessu, dziennikarka i producentka filmowa. Uczestniczyła w ponad 40 kongresach amerykańskich organizacji zajmujących się rozwojem zdrowia i fitnessu, wydała sześć książek, a siódmą już oddała do druku. Teraz Mariola Bojarska-Ferenc namawia Polki, aby zaczęły ćwiczyć barre, ale przede wszystkim pokazuje, że witalność, energia i niezależność nie mają wieku.

Wydała Pani właśnie płytę z ćwiczeniami barre. Na czym polega ta metoda?

To metoda, którą przywiozłam z Nowego Jorku. Jest znana od lat 70., ale do fitnessu została wprowadzona niedawno. Wcześniej były to ćwiczenia baletowe, przy drążku i nie wszystkie kobiety miały odwagę, żeby je wykonywać. Dzisiaj barre łączy w sobie zarówno elementy jogi, pilatesu, jak i ćwiczeń z hantlami, można więc powiedzieć, że jest to metoda przeznaczona dla wszystkich.

Czy to prawda, że wszystko zaczęło się od premiery filmu „Czarny łabędź”?

Tak. Mary Helen Bowers, tancerka i trenerka gwiazd, która przygotowała Natalie Portman do głównej roli w tym filmie, uznała, że skoro nauczyła aktorkę tak pięknie się poruszać i tańczyć, to przystosuje te zajęcia dla wszystkich.

Czy rzeczywiście wszyscy mogą ćwiczyć barre? Nie tylko baletnice? Kiedy oglądam Panią wykonującą te układy, mam wątpliwości, czy każdy będzie w stanie je właściwie powtórzyć i wykonać.

Ukończyłam Akademię Wychowania Fizycznego, jestem gimnastyczką, która od siódmego roku życia przez 15 lat ćwiczyła po siedem godzin dziennie. W ramach tych ćwiczeń również uprawiałam balet klasyczny z rosyjskim choreografem Wiktorem Charczenko, ćwiczyłam także balet nowoczesny, nic więc dziwnego, że ćwiczenia te wykonuję z łatwością. Ale jako trener-profesjonalista mam na celu nauczyć zwykłe osoby, które nigdy wcześniej nie miały nic wspólnego z baletem, jak mają się pięknie poruszać, bo to nie są ćwiczenia typowo baletowe, a raczej uproszczone i dostosowane do potrzeb fitnessu. Mogę zaręczyć, że każda osoba, a nawet największa oferma, jest w stanie się tego nauczyć. Podczas kongresu w Nowym Jorku ćwiczyły panie z 20–30-kilogramową nadwagą, które mimo swojej otyłości poruszały się z gracją baletnicy. To mi się właśnie w tej metodzie podoba, że mimo nadwagi można być niezwykle sprawnym.

W naszym kraju wszyscy chcą mieć idealną sylwetkę, co więcej – sylwetkę kulturystki z naprężonymi mięśniami i z wyeksponowanym sześciopakiem, a tak naprawdę w życiu chodzi o sprawność. A więc nawet jeśli ktoś ma te 5 kg więcej, to nie znaczy, że nie może się pięknie poruszać. Wręcz przeciwnie – właśnie ta aktywność może pozwolić dojść do formy i odzyskać zdrowie.

Aktywność fizyczna jest ważna, ale równie istotne jest odżywianie. Jakie najczęściej popełniamy błędy?

Polacy nie znają zasad prawidłowego odżywiania, dlatego myślę, że dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie do szkół przedmiotu dotyczącego zdrowego odżywiania. To równie dobrze mogłyby być pogadanki, a może regularne spotkania z dietetykiem, które odbywałyby się raz w tygodniu czy raz w miesiącu. Takie zajęcia mogłyby nauczyć dzieci zdrowego odżywiania. Jeśli nauczą się tego jeszcze w czasach dzieciństwa, to kiedy będą już dorosłymi ludźmi – będą kontynuować ten styl i przekazywać go swoim dzieciom. Odnoszę wrażenie, że rodzice często nie znają zasad zdrowego odżywiania, stosują „diety-cud”, bo zbliża się wesele bliskiej osoby, komunia czy inna uroczystość. Ludzie szukają szybkiego środka, żeby mieć idealną sylwetkę, a, niestety, nie ma takiego sposobu, nie ma idealnej pigułki czy jakiegoś specjalnego planu dietetycznego. Jeśli będziecie żyć zdrowo przez całe życie i regularnie ćwiczyć, to do końca życia będziecie mieć zdrowe, wyćwiczone ciało i nie będziecie mieli problemu z nadwagą i otyłością. Systematyczność jest najważniejsza.

Jestem tego najlepszym przykładem. Mam 56 lat, całe życie uważam na to, co jem i jak jem. Nie traktuję swojego organizmu jak worka na śmieci. Myślę o tym, co przygotowuję sobie na śniadanie, obiad i kolację, regularnie ćwiczę, by mieć energię, ale też żeby mieć odpowiednią muskulaturę ciała, ponieważ mięśnie są potrzebne do zwiększenia metabolizmu. Jeśli ich nie mamy, to metabolizm się zmniejsza i łatwiej tyjemy. Myślę, że największym błędem jest to, że podchodzimy do siebie zadaniowo i nie mamy cierpliwości.

Zadaniowo? Co Pani ma na myśli?

Idzie lato, więc wszyscy się odchudzają, jutro jest randka, potem wesele koleżanki, a później dochodzi do tragedii, bo jak informowały media, dziewczyna przed ślubem chciała sobie odessać tłuszcz i umarła podczas tej operacji. Nie można tak podchodzić do siebie, bo to jest zabójstwo dla organizmu. Do czego zmierzam? Te wszystkie sześciopaki, które coraz częściej widzę u młodych kobiet, to jest atrybut sylwetki męskiej. Dlaczego trenerzy nie informują o tym, że aż tak uwidocznione mięśnie brzucha u kobiet prowadzą do zmian hormonalnych? Czasami dziewczyny z tego powodu nie miesiączkują, nie mogą zajść w ciążę w wyniku burzy hormonalnej. Dlaczego nikt o tym nie mówi? Żeby choć przez chwilę wyeksponować te mięśnie, trzeba mocno odtłuścić, odwodnić swój organizm, a przecież nie można tak cały czas żyć. Organizm potrzebuje i tłuszczu, i węglowodanów, i białka, i witamin. Jeśli chcemy ładnie wyglądać i cieszyć się dobrym zdrowiem, powinniśmy racjonalnie się odżywiać, a nie jak szaleni podchwytywać kolejne mody celebrytek i blogerek, które tak naprawdę prowadzą do wielu dolegliwości.

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać? Czy po treningu wystarczy napić się wody mineralnej? Czy trzeba jednak coś zjeść?

Zdecydowanie trzeba coś zjeść, by nie doszło do utraty mięśni, bo jednak zależy nam na ich rozbudowie. Nie chcemy przecież, żeby nasz organizm spalał „mięśnie”, tylko tkankę tłuszczową – w związku z tym musimy dać mu szansę. Trzeba szybko obniżyć stężenie kortyzolu we krwi, np. przekąską bogatą w węglowodany o wysokim indeksie glikemicznym, który podwyższy stężenie glukozy, a jednocześnie obniży stężenie kortyzolu. Ludzie często to lekceważą. Dodatkowo po wysiłku warto uzupełnić białko, dlatego że często dochodzi do naciągnięć, mikrourazów mięśni, a jak wiadomo – każda nasza komórka zbudowana jest z białka. Warto więc pamiętać o regeneracji naszego organizmu, a co się z tym wiąże – o regeneracji naszych wszystkich komórek.

Ważne jest wzmocnienie organizmu, aby pracował na jak najwyższych obrotach, żeby nie zgasł nam gdzieś po drodze. Dlatego ważny jest posiłek przed treningiem, również bogaty w węglowodany złożone i białka. Jeśli wysiłek trwa dłużej niż godzinę, węglowodany można uzupełniać napojami izotonicznymi.

A co jeśli mimo ćwiczeń i diety waga ani drgnie i dopada nas frustracja?

Waga nie spada z dnia na dzień. Kiedy zaczynamy treningi, mięśnie stają się większe i ważą więcej, lepiej więc mierzyć sobie obwody poszczególnych części ciała. Ale też dajmy sobie trochę czasu, bo w zależności od tego, jaką mamy nadwagę, tak szybko chudniemy. Łatwiej jest schudnąć osobom, które mają więcej kilogramów do zrzucenia, niż takim jak ja, chcącym się pozbyć dwóch lub trzech kilogramów, żeby po prostu ładniej wyglądać w sukience. Trudniej jest też schudnąć sportowcom, ponieważ ich organizm przez długie lata był przyzwyczajony do olbrzymiego wysiłku i do ogromnego wydatkowania energii, więc gdy ograniczamy naszą aktywność fizyczną do dwóch czy trzech treningów w tygodniu, to nasz organizm się troszkę buntuje.

Ja, na szczęście, przez całe życie miałam bardzo szczupłą, wręcz anorektyczną budowę ciała, i choć dziś przytyłam na skutek swojej dojrzałości, to zyskałam na tym jako kobieta, ponieważ dzięki temu mam zdecydowanie mniej zmarszczek.

A co w przypadku osób, które dopiero zaczynają intensywnie trenować?

W ich przypadku organizm bardzo szybko reaguje, bo nagle dostał porządnego kopa. Tylko proszę pamiętać, że to jest proces, więc jeśli przez lata hodowaliśmy tkankę tłuszczową, to nie oczekujmy nagle, że w ciągu roku zrzucimy te 10, 15 czy 20 kg. Oczywiście można to zrobić, ale jeśli będzie to skutek samej diety, a nie ćwiczeń fizycznych, to bez zbudowania masy mięśniowej i tak najpóźniej po czterech latach dopadnie nas efekt jo-jo.

Pamiętajmy też, że jeśli mieliśmy problem z nadwagą, to chcąc mieć ładną sylwetkę, musimy reżimowo podejść do własnego organizmu, czyli do końca życia powinniśmy myśleć o tym, co jemy i obowiązkowo uprawiać sport. Niestety, nie ma nic za darmo. Zawsze mówię: jeśli jesz jak ptaszek, wyglądasz jak ptaszek; jesz jak słoń – wyglądasz jak słoń.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że ma tyle energii co elektrownia atomowa. Jak Pani to robi?

Urodziłam się taka dynamiczna, ale też witalność daje mi sport. Tak jak już mówiłam, od siódmego roku życia zawsze coś ćwiczę. W tej chwili znalazłam sobie formę barre, w której się rozkochałam, bo każdy organizm po latach przyzwyczaja się do ćwiczeń i poszukuje jakiegoś dodatkowego bodźca. Po udziale w „Tańcu z Gwiazdami” polubiłam także taniec towarzyski, chodzę na rumbę. Zauważyłam też, że im więcej energii zostawiam na sali gimnastycznej, tym więcej jej odbieram. Druga rzecz to dobre jedzenie. Staram się dobrze i regularnie jeść. Śniadanie, obiad i kolację całe życie spożywam o tych samych porach. Jak każdy oczywiście miewam chwile słabości, więc czasem skuszę się na jakieś słodycze, ale generalnie pilnuję swojej wagi, żeby nie przekroczyła mojego wyznaczonego maksimum. Jeśli tak się dzieje, to natychmiast wprowadzam do mojej lodówki reżim.

No i tej energii dodaje mi rodzina. W moim wieku, jeśli jest fajna rodzina, synowie, mąż – to mogę też skupić się na tym, co robię, na swoich nowych pomysłach. Bo każdy problem uwidacznia się w naszym wyglądzie, odbija się w naszych oczach. Zauważyłam też, że kiedy coś mi się dobrego wydarzyło w życiu, to wszyscy się pytają: „Co się stało? Zakochałaś się?”. A ja po prostu odniosłam jakiś swój sukcesik. I wtedy od razu tę radość mam wypisaną na twarzy. Ale poza tym ja po prostu taka jestem.

Ponoć w szkole podstawowej mówiono o Pani „Napoleon”.

Tak [śmiech – red.], bo potrafię robić 20 rzeczy równocześnie i sprawia mi to przyjemność. Jestem jednocześnie swoim biurem marketingowym, producentem, piszę scenariusze, no i zawsze ubieram się sama. Nie ukrywam, że czasami oddaliłabym chętnie niektóre sprawy od siebie. Uczę się wprawdzie dedykować pewne sprawy innym, żeby trochę się odciążyć, ale, prawdę mówiąc, lubię być zapracowana, bo im więcej robię, tym bardziej czuję, że jeszcze więcej mogę zrobić.

Prawdziwa z Pani „fajterka”.

Nigdy się nie poddaję. W życiu przeżyłam różne sytuacje, łącznie z tymi mniej sympatycznymi, byłam oszukana przez różnych ludzi – biznesowo i życiowo. Powiedziałam sobie wtedy, że nigdy się nie poddam i nie pozwolę, by ktoś mnie oszukał. Nikogo też się nie boję, bo jestem już na to zbyt dojrzała. Jasno też informuję, co chcę robić w życiu i jestem już na tyle dorosła, że mogę sobie na to pozwolić.

Do wszystkiego w życiu doszła Pani sama?

Wszystko osiągnęłam swoją ciężką pracą, nikt za mnie niczego nie zrobił – ani tatuś, ani mamusia nie załatwili mi pracy. Niczego w życiu nie dostałam, wszystko zawdzięczam sobie. Sama zbudowałam sobie dom, posadziłam drzewo, urodziłam syna – więc jestem prawdziwym mężczyzną [śmiech – red.]. I jeszcze mam fajnego męża. Może dlatego w każdym moim produkcie czuć mnie, bo to ja piszę książki, a nie za mnie piszą. To są moje przemyślenia i moje historie.

Kiedy patrzę na Wasze zdjęcia, to myślę sobie, że Pani mąż jest ciepłym mężczyzną.

Bo taki jest. Ja jestem koniem wyścigowym, a on jest takim bardzo spokojnym człowiekiem, który jest moim uzupełnieniem. On mnie uspokaja, ogarnia, no i jest jeszcze cudownym ojcem. To taki partner na dobre i na złe. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdyby coś się teraz ze mną stało, to on by dalej przy mnie był. Bo tak został wychowany, ale też jest po prostu dobrym człowiekiem, aż czasami za dobrym nawet. I nie ma kompleksów, bo z taką kobietą jak ja musi żyć tylko taki mężczyzna, który ich nie ma. W przeciwnym razie nie wytrzymałby ze mną ani minuty. Cenię go za inteligencję, klasę i mądrość życiową, która sprawdza się wszędzie.

Jest Pani pracoholikiem?

Myślę, że trochę tak. Praca jest dla mnie bardzo ważna. Nigdy też nie pracowałam dla nikogo, może to przez moje zdolności przywódcze? Jestem całe życie swoją firmą, choć od 25 lat mam swoje autorskie programy w telewizji, to jeszcze nikt mi nie dał etatu. Wyrzucają mnie oknem, ja wchodzę drzwiami, albo odwrotnie – przez dziurkę od klucza, ale generalnie jestem taką osobą, która potrafi o siebie zawalczyć. Ale też uważam, że za tą walką coś musi stać, dlatego od lat mocno inwestuję w swoją wiedzę. Wydałam mnóstwo pieniędzy, jeżdżąc na różnego rodzaju kongresy po całym świecie. Czasem się wahałam, co wybrać – nową sukienkę, samochód czy kongres; wybierałam kongres, bo wiedziałam, że na tę kieckę czy lepsze auto jeszcze przyjdzie czas, a jeśli się nie nauczę, to może na nic mnie nie będzie stać. Teraz wiem, że to były dobre wybory. Dzięki temu 30 lat jestem w mediach, bo nie sprzedaję bzdur internetowych, tylko wiedzę zdobytą na świecie.

Jak radzi Pani sobie z upływem czasu? Nie ukrywa Pani swojego wieku. Szczerze o tym mówi. Chciałabym tak wyglądać w wieku 56 lat.

Niedawno oglądałam taki film, w którym pada taki tekst: „Co Pani dolega? Dojrzałość. Jedyna moja dolegliwość to dojrzałość” [śmiech – red.]. Na początku nie powiem, że się tym nie martwiłam, no bo nagle stawałam przed lustrem i widziałam, że moje ciało wygląda zupełnie inaczej, ale teraz tak sobie myślę, że młoda już byłam, 20 lat już miałam. Dlatego staram się do tego problemu podchodzić normalnie i cieszyć się, widząc, piękniejsze, młodsze kobiety. Ale też uzmysłowiłam sobie, że teraz trzeba włożyć więcej pracy w to ciało niż w młodości, bo ono cały czas potrzebuje napędu, pobudzania, krótko mówiąc: trzeba ćwiczyć. Im jesteśmy starsze, tym więcej pracy musimy wkładać w siebie, żeby dobrze wyglądać. Młoda dziewczyna założy dżinsy, biały t-shirt, umyje włosy, nie musi mieć nawet makijażu i wygląda pięknie, bo zdobi ją młodość. Dojrzała kobieta bez makijażu wygląda już średnio, a do tego gdy jest jeszcze zaniedbana i źle ubrana, to już wygląda na 10 lat więcej. Zróbmy więc wszystko, żebyśmy wyglądały jak najlepiej i mogły każdy dzień przeżywać jak najmilej. Zachęcam do tego.

Po co był dla Pani „Taniec z Gwiazdami”?

To było marzenie małej dziewczynki. Zgłębiłam wszystkie techniki fitnessu, ale nigdy nie tańczyłam towarzysko. Udział w tym programie to było super przeżycie, już nie mówiąc o tym, że schudłam sześć kilogramów, bo jednak siedem godzin dziennie musiałam spędzić na sali gimnastycznej. Lubię pokonywać swoje ograniczenia. Tuż przed programem zastanawiałam się, czy dogadam się z młodymi ludźmi, a okazało się, że nie było żadnego problemu, nie czułam się gorzej i bardzo się z nimi zaprzyjaźniłam, mówili do mnie: „Nasza Cioteczka, Nasza Mamunia”. I wszyscy się zastanawiali, skąd ja mam tę energię, bo oni już „wysiadali”, a ja wciąż byłam chodzącym dynamitem.

Ale też podczas Tańca z gwiazdami wybrzmiało, że ma Pani dwoje wnucząt.

To jest najpiękniejszy moment w moim życiu, bo cieszę się, że mój syn jest szczęśliwy. A ja mam w końcu wnuczkę Wiktorię i to jest takie cudo, które mówi do mnie „Mery”, przytula się, zakłada moje rzeczy, a ja odczuwam ogromną radość, że mam dziewczynkę w domu, bo to jest zupełnie inna bajka. Dostałam szału, latam po sklepach, kupuję tiulowe spódnice – po prostu szaleję. Mam też cudnego Marcelka – kopię swojego syna. Czy można chcieć więcej?

Dlaczego nie lubi Pani określenia „Babciu”?

Do mnie jest zakaz mówienia „Babciu”. Ja jestem Mery. Staram się zmieniać to podejście, bo w dzisiejszych czasach babcią można zostać nawet w wieku 35 lat. Dla mnie babcia to stopień pokrewieństwa. Nie lubię tego określenia, bo to nie moje wnuki, ale znajomi mówią do mnie: „Cześć, Babciu”, a ja nie jestem dla znajomych żadną babcią. Nie mówię do koleżanek: „Cześć, Żono” czy „Cześć, Matko”. Każdy z nas ma swoje imiona, więc proponuję, żeby zwracać się do siebie po imieniu. Bo to, że ktoś pozwoli nam tak do siebie mówić, nie oznacza braku szacunku, lecz raczej świadczy o tym, że obdarza nas zaufaniem, więc musimy się dla niego jeszcze bardziej starać.

Napisała Pani książkę „Sztuka dobrego życia”. Czy poznała Pani receptę na takie życie? Co to dla Pani znaczy?

To życie w zgodzie ze sobą, ze swoimi poglądami, posiadanie swojego kręgosłupa moralnego. Dla mnie bardzo ważna jest również niezależność. Sztuka dobrego życia to w moim przypadku właśnie umiejętność bycia samodzielną kobietą. Od 28 lat mam kochającego męża, ale zawsze myślę o tym, co by było, gdyby nagle zabrakłoby go w moim życiu, dlatego staram się tak żyć, żeby móc sobie po prostu zawsze dać radę. I to mi się jakoś udaje.

Może jestem idealistką, ale chciałabym, żeby światem rządziło uczucie. Zawsze sobie mówiłam, że będę z facetem, którego kocham, wyjdę za mąż z miłości, a nie z powodu jego karty kredytowej. To było i jest dla mnie najważniejsze. Ale też bardzo ważne jest to, żeby partner mnie cenił. A jego szacunek do mnie jest większy wtedy, gdy on widzi, że ja nic od niego nie potrzebuję, że jestem niezależna i samowystarczalna. Po prostu kocham go i już. Byłoby to dla mnie nie do zniesienia, gdybym uwiesiła się na mężczyźnie i musiała prosić go o drobne rzeczy. Odpowiada mi tak jak jest i świetnie się z tym czuję. Niech każdy żyje tak jak chce.

Tekst i wywiad: Urszula Abucewicz

„Niezależność daje mi siłę”
Rate this post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *