Była nauczycielką. Mieszkała w bloku w Szczecinie, chodziła do pracy, robiła zakupy, borykała się z codziennymi sprawami jak każda kobieta w Polsce Ludowej. Nikt, kto ją widział w tamtych latach, nie miał powodów sądzić, że patrzy na kogoś niezwykłego. A jednak przez ćwierć wieku – cicho, w szkolnych zeszytach zapisanych drobnym pismem – Alicja Lenczewska prowadziła jeden z najbardziej poruszających dialogów z transcendencją, jakie kiedykolwiek zostały utrwalone przez polską kobietę. Jej zapiski dziś czytają tysiące ludzi. Pod jej grobem na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie modlą się pielgrzymi z całej Polski.
Jak to możliwe? I co sprawia, że przez całą historię cywilizacji to właśnie kobiety zostawiały po sobie największe ślady w literaturze duchowej – czasem wbrew własnej woli, zawsze wbrew oczekiwaniom otoczenia?

Kobiety, które pisały za siebie i dla innych
Historia mistyki zachodniej bez kobiet byłaby ledwie połową tej historii. Hildegarda z Bingen w XII wieku pisała traktaty teologiczne, komponowała muzykę i korespondowała z papieżami, choć jako kobieta nie miała prawa nauczać. Teresa z Ávila w XVI stuleciu reformowała klasztory i stworzyła jedną z najbardziej precyzyjnych map doświadczenia wewnętrznego, jakie kiedykolwiek zapisano – jej „Twierdza wewnętrzna” do dziś jest podręcznikiem dla psychologów zainteresowanych stanami skupienia i medytacji. Małgorzata Maria Alacoque, XVII-wieczna zakonnica z Burgundii, opisała doświadczenia, które stały się podstawą kultu Najświętszego Serca Jezusa – jednej z najbardziej rozpowszechnionych form pobożności w historii Kościoła.
Co łączy te kobiety? Żadna z nich nie zamierzała przejść do historii. Każda pisała – lub dyktowała – to, co jej zdaniem musiało zostać powiedziane, bo inaczej przepadnie. Pisały z poczucia obowiązku, nie ambicji. I właśnie to sprawia, że ich teksty mają w sobie szczególną siłę: brakuje im literackiej pozy, za to nie brakuje autentyczności, której czytelnicy w każdej epoce szukają chyba bardziej niż czegokolwiek innego.

Nawrócenie w wieku 39 lat
Wróćmy do Alicji Lenczewskiej, bo jej historia jest pod wieloma względami wyjątkowa – i niezwykle współczesna. Urodziła się w 1934 roku. Przez pierwsze dekady życia – jak sama przyznawała – szukała spełnienia gdzie indziej: w podróżach, w historii sztuki, w intelektualnej ciekawości świata. Była dobrze ustawioną urzędniczką komunistycznej szkoły, pedagogiem z pozycją. Z Bogiem miała niewiele do czynienia.
Przełom nastąpił w 1985 roku, gdy jako czterdziestojednolatka trafiła na rekolekcje dla animatorów w Gostyniu. Sama napisała o tym lakonicznie, lecz bez ogródek: „stało się coś, co zmieniło zupełnie moje życie. Tam stanął przede mną Jezus”. Od tamtej chwili przez następnych dwadzieścia pięć lat prowadziła zapiski – najpierw w zeszytach, potem w maszynopisach – dokumentując to, co przeżywała jako wewnętrzne rozmowy. Nie robiła z tego tajemnicy wobec spowiednika, lecz przez długie lata pozostawała nieznana szerszemu światu. Umarła w 2012 roku na raka, w pallotyńskim hospicjum w Szczecinie.
To, co zostawiła po sobie, mieści się w dwóch tytułach: „Świadectwo. Dziennik duchowy” – zapiski z lat 1985–1989 – oraz „Słowo pouczenia” z lat 1989–2010. Oba uzyskały kościelne imprimatur po pozytywnej ocenie komisji teologicznej. Ks. dr Mieczysław Piotrowski, który badał jej pisma, stwierdził, że „teksty te należą do pereł literatury religijnej”. To opinia człowieka, który na co dzień porusza się w gąszczu teologicznych niuansów i nie używa słowa „perła” lekko.
Dlaczego jej słowa trafiają tak głęboko
Fenomen Alicji Lenczewskiej jest wielowymiarowy i nie daje się łatwo sprowadzić do jednej odpowiedzi. Ci, którzy jej pisma czytali, mówią o czymś trudnym do opisania: poczuciu, że ktoś powiedział to, co samemu chciało się powiedzieć, lecz brakowało słów. Pallotyn ks. Marek Brożyna, duchowy opiekun środowiska skupionego wokół jej spuścizny, wyjaśnia to tak: „Alicja mówi do nas współczesnym językiem. To nasza koleżanka, siostra, mama lub babcia – świadek głębokiej relacji z Jezusem”.
I tu tkwi serce sprawy. Wielkie mistyczki przeszłości pisały często językiem epoki – kunsztownym, metaforycznym, odległym. Hildegarda z Bingen jest fascynująca, lecz wymaga tłumacza. Teresa z Ávila jest genialna, lecz trzeba się do niej przebić przez barierę XVI-wiecznej kastylijskiej prozy. Lenczewska pisze tak, jak mówi się przy kuchennym stole. Bez ozdobników, bez teologicznych konstrukcji. Gdy pyta Jezusa, po co żyje, słyszy odpowiedź: by nauczyła się bardziej kochać. Proste. Niemal banalnie proste – aż do momentu, gdy człowiek uświadomi sobie, że sam nigdy nie znalazł lepszej odpowiedzi na to samo pytanie.
Książka Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów. Życie i świadectwo, autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej – jednej z najwybitniejszych polskich biografek postaci Kościoła, znane z rzetelnych opracowań życia bł. kardynała Wyszyńskiego i św. Faustyny – jest pierwszą pełną biografią szczecińskiej mistyczki opartą na nieznanych wcześniej faktach, niepublikowanych rozmowach i osobistych świadectwach. Czaczkowska, doktor historii i dziennikarka, prowadzi czytelniczkę przez całą drogę Lenczewskiej: od lat życia z dala od wiary, przez późne nawrócenie, aż po dojrzałe lata, gdy modlitwa i codzienność zaczęły w niej tworzyć jedno, nierozerwalnie splecione terytorium.
Kobiety i mistyka – związek, który trwa od wieków
Dlaczego mistyka tak często przemawiała kobiecym głosem? To pytanie, które powtarza się w badaniach religioznawczych i feministycznych od dziesięcioleci, nie ma jednej odpowiedzi, lecz kilka warstwowych wyjaśnień.
Po pierwsze – dostęp do języka. Przez większość historii kobiety były wykluczone z akademickiej teologii, z ambony i z urzędów kościelnych. Mistyka była jedną z niewielu dziedzin, w których kobieta mogła zabrać głos z autorytetem niemożliwym do podważenia – bo skąd wiadomo, że to, co mówi, nie pochodzi z nieba? Ta logika chroniła takie postaci jak Hildegarda, gdy wchodziły na intelektualne terytoria z definicji im zakazane.
Po drugie – specyficzna wrażliwość na doświadczenie wewnętrzne, którą kultura przypisuje kobietom (choć debata o tym, na ile jest to natura, a na ile wychowanie, trwa do dziś). Mistyka jest ze swojej natury literaturą doświadczenia, nie abstrakcji. Opisuje stany, emocje, obrazy, relacje. Właśnie ten rodzaj narracji kobiety prowadziły przez wieki sprawnie i naturalnie, niezależnie od kontekstu religijnego.
Po trzecie – zwyczajność. Wiele największych kobiecych świadectw duchowych pochodzi od kobiet, które żyły w świecie, a nie za klauzurą. Teresa z Lisieux była zakonnicą, owszem, ale żyła tak krótko i tak zwyczajnie, że jej „Dzieje duszy” czyta się niemal jak pamiętnik nastolatki. Faustyna Kowalska była prostą zakonnicą bez wykształcenia, której „Dzienniczek” stał się jednym z najszerzej czytanych dzieł polskiej literatury religijnej XX wieku. Lenczewska była nauczycielką w bloku. Ta codzienność jest dla czytelniczek mostem, nie przepaścią.
Duchowa literatura w czasach przeciążenia
Jest jeszcze jeden kontekst, w którym warto czytać ten fenomen – kontekst współczesny. Żyjemy w epoce, gdy kobiety są przeciążone jak nigdy wcześniej: pracą zawodową, opieką, oczekiwaniami społecznymi, presją wizerunkową i tempem, które nie zostawia miejsca na oddech. W tym pejzażu literatura duchowa – niekoniecznie religijna w wąskim sensie, lecz taka, która mówi o życiu wewnętrznym, skupieniu, relacji z samą sobą i z czymś, co nas przekracza – zyskuje na znaczeniu.
Alicja Lenczewska pisała dla siebie. A jednak ludzie, którzy czytają jej zapiski, mówią o poczuciu, jakby pisała dla nich. Tomasz Kawiorski, jeden z rozmówców biografii Czaczkowskiej, opisuje lekturę „Świadectwa” jako „duchowe tsunami” – powrót do sakramentów, pielgrzymki, gruntowna zmiana trybu życia. To nie jest odosobniony przypadek. Przy grobie Lenczewskiej na szczecińskim cmentarzu modlą się coraz liczniejsze grupy – księża, siostry zakonne, świeccy. Z całej Polski.
Jak docierać do tej literatury
Rynek wydawniczy reaguje na rosnące zainteresowanie tą literaturą systematycznie. Obok kolejnych wznowień pism samej Lenczewskiej pojawiają się biografie, opracowania teologiczne i świadectwa osób związanych z jej duchowością. Dla tych, które chcą szukać głębiej – zarówno pism samej mistyczki, jak i szerszego kontekstu kobiecej duchowości chrześcijańskiej – warto pamiętać, że wyspecjalizowane wydawnictwa oferują dziś pełen przekrój tej literatury, łącznie z regularnymi publikacjami pogłębiającymi te tematy. Dobrze dobrane czasopisma katolickie bywają w tym przypadku przewodnikiem po nowościach wydawniczych i znacznie ułatwiają orientację w tym, co warto przeczytać jako kolejne.
Warto podkreślić, że literatura ta – choć wyrasta z konkretnej tradycji religijnej – ma w sobie coś, co przebija przez granice wyznaniowe. Kobiety, które twierdziły, że opisują swoje doświadczenie wewnętrzne, stworzyły w gruncie rzeczy coś, co każda czytelniczka może czytać jako zapis procesu rozumienia siebie. Relacja z transcendencją jest tu, można by powiedzieć, językiem – a nie tylko tematem.
Wielkie życie, małe zeszyty
Jest w historii Alicji Lenczewskiej coś, co działa na wyobraźnię niezależnie od przekonań religijnych: obraz kobiety, która przez ćwierć wieku, cicho i systematycznie, wypełniała zwykłe szkolne zeszyty słowami, o których nie wiedziała, co się z nimi stanie. Nie pisała dla chwały. Nie szukała publiczności. Po prostu zapisywała to, co było w niej najważniejsze – i dzięki temu stworzenie czegoś trwałego okazało się możliwe.
To wzorzec znany z historii kobiet w ogóle, nie tylko tych mistycznych. Virginia Woolf pisała o konieczności posiadania własnego pokoju i własnych pieniędzy. Lenczewska miała blok i zeszyty. Okazało się, że to wystarczy, by zostawić ślad, który inni będą musieli tłumaczyć, omawiać i zbierać w konferencje naukowe jeszcze długo po tym, jak ona sama dawno przestała pisać.
„Jedno czyste serce może uratować miliony dusz” – to zdanie, które pojawia się w jej zapiskach. Niezależnie od tego, jak interpretujemy słowo „ocalić” i co rozumiemy przez „duszę” – jest w tym przekonaniu coś, co daje do myślenia. Że nawet jedna kobieta, w zwykłym mieszkaniu, z tanim piórem w dłoni, może powiedzieć coś ważnego. I że to, co mówi, może dotrzeć tam, gdzie nigdy nie dotarłaby żadna instytucja.



